12 lutego po długim oczekiwaniu wreszcie wyruszyłam w świat. Dobrze wiecie, że nie jestem dobra w pisaniu, wiec na tym blogu będę zamieszczać głownie zdjęcia, które mówią wiecej niż słowa, co najwyżej z małym komentarzem :)

Lot był długi, ale ponieważ lubię latać szybko minął, z Poznania wyleciałam o 7:45, potem Frankfurt, Denver i w końcu San Diego.

W San Diego starym zwyczajem okazało sie że nie ma mojego bagażu i że przyleci następnym samolotem. Z lotniska odebrał mnie pan Tadeusz, którego poznałam przez hospitality club. On ze swoją rodziną mieszka juz kilka lat w Californii i zaoferował mi pomoc przez kilka dni, zanim znajdę sobie jakies mieszkanie.
Następnego dnia po przylocie zadzwoniłam do pewnej rodzinki, którą znalazłam jeszcze w Polsce, która poszukiwała opiekunki do dzieci, ale tylko kilka godzin tygodniowo w zamian za darmowe mieszkanie. Umówiłam się na spotkanie i pojechałam z panem Tadeuszem, który stwierdził że przy okazji pokaże mi troche okolice. Oni mieszkali w Del Mar, które znajduje się kawałek drogi od centrum San Diego. Poniżej kilka zdjęć:






To jest piękna rezydencja, której ogród można w wyznaczonych godzinach zwiedzać, a jest co, nie wspominając nawet pięknego widoku :)




To właśnie pan Tadeusz:




A to piękne klify, które ciągną się wzdłuż wybrzeża:

Pracy w Del Mar jednak nie dostałam, ale wycieczkę na pewno można zaliczyć do udanych, szczególnie w pierwszy dzień w Californii :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz