wtorek, 17 lipca 2007

Torrey Pines

W zeszłą niedzielę, którą mieliśmy wolną, przejechałyśmy się do Torrey Pines, które jest pięknym parkiem przy plaży, bardzo blisko miejsca gdzie teraz mieszkamy. Miałyśmy się wybrać tylko na dwie, trzy godzinki na zachód słońca, ale po drodze spotkaliśmy pana Mirka, który jest znajomym tych polaków u których teraz mieszkamy i którego poznałam już wcześniej w kościele polskim. Pan Mirek wymyślił że nas oprowadzi na ładne miejsca widokowe, a dopiero potem pójdziemy na plażę, tak więc wycieczka przeciągnęła nam się do prawie 5 godzin i wracaliśmy pod górę, z plaży już po ciemku. To olbrzymie pola golfowe, najbardziej znane tu w okolicy, przy których zaparkowaliśmy samochód.Ja ostatnio się trochę rozchorowałam, tzn boli mnie gardło i mam straszny kaszel, stad cały czas w chuście chodzę. Tak to jest, jak się samochodem z otwartymi oknami po autostradzie pędzi ;)
Wejście na szlak, tablica ostrzega przed grzechotnikami, niestety nie mieliśmy okazji ich spotkać.Żuczek, który przeszedł nam drogę.
Ścieżka pomiędzy takimi krzakami dochodzi się aż do końca klifu, a potem trzeba iść w dół do plaży.
Pan Mirek opowiedział nam historię, jak kiedyś szedł tą plażą i patrzy a jakiś chłopak próbuje wydrapać coś w skale. Podszedł do niego i okazało się, że jest to polak, który ma zamiar oświadczyć się w ten sposób swojej dziewczynie.
Ta skała wg pana Mirka przypomina buldoga, no dobra, może przypomina jakiegoś zwierzaka, ale dlaczego buldoga to nie wiem, dopiero z zamkniętymi oczami umiałam to sobie wyobrazić ;)

Jak widzicie widoki były nie do opisania, dlatego dodałam mnóstwo zdjęć. Pewnie jeszcze nie raz się tam przejedziemy, szczególnie, że mamy teraz wolne popołudnia i wieczory, więc czekajcie na kolejne zdjęcia :) Pozdrawiam :)

Brak komentarzy: