
Właśnie wróciłam z Rosarito. Jest to małe, piękne miasteczko, powstałe w 1885 roku, znajdujące się tylko pół godziny od granicy San Ysidro. Stwierdziłam że wstanę wcześnie rano i będę miałam cały dzień na chodzenie po plaży i ćwiczenie hiszpańskiego. Troche mi wolno wszystko rano szło i wyszłam dopiero na autobus o 7:30. Z autobusu przesiadka na kolejkę podmiejską i prosto do granicy, tak sobie jadę i jadę i już nie mogę się doczekać i tak myśle jak będzie wygladać granica i nagle olśnienie... cholera zapomniałam paszportu. Właściwie czemu miałoby wszystko iść mi tak gładko :I Nie wiem czemu ale zaczeło mnie to starsznie bawić, byłam jedną stacje kolejki od granicy i "zonk"... wysiadam i wracam z powrotem, cała godzina jazdy, ale co tam, sama jestem sobie winna. Nie ważne jak chce los, ja i tak dotrę dzisiaj do Meksyku :) Wysiadam szybko z kolejki i biegnę na mój autobus. Jadę autobusem z 10minut i coś mi nie gra, nagle patrzę a zamiast na północ, weszłam w dobry numer autobusu, ale jadący na południe :( Tak więc znowu wysiadam, na drugą stronę ulicy i tym razem już prosto do domu. No więc półtorej godziny i jestem znowu w domu. Nicolette w szoku, co Ty tu robisz? - pyta się. Jak jej powiedziałam, mówi, że to znak i że powinnam zostać i nigdzie nie jechać. Ja na to że kiedyś też bym tak pomyślała, ale w sprawie Meksyku, nie ma mowy, jadę dzisiaj i koniec :) Biegiem na autobus ( w końcu tylko dwie i pół godziny stracone), potem kolejka i przed południem jestem w końcu na granicy. Chociaż tak naprawde w tą stronę, to żadnej granicy nie ma, nawet nie widziałam celnika, idzie się przez kilka bramek i tyle... boom... jesteś w Meksyku :) Poniżej widok na przejście graniczne do Meksyku.

I z Meksyku do USA, widać różnice? :)

Widok na Tijuanę z kładki dla pieszych nad przejściem granicznym:


Wychodzę za ostatnią bramkę, a tu rzuca się na mnie banda taksówkarzy, mówię że dziękuje, ale jakby wogóle hiszpańskiego nie rozumieli, więc przechodzę pomiędzy nimi już bez słowa i byle jak najdalej. I tak znajduję się na zupełnie pustym chodniku, a na schodach jakiegoś budynku stoi sobie meksykanin. Podchodzę i pytam się "Habla ingles?" oczywiście że nie mówi, bo byłoby za łatwo. No więc zaczynam kombinować i mówię że chcę jechać do Rosarito, pytam gdzie są autobusy. O dziwo zrozumiał nawet o co mi chodzi i zaczyna tłumaczyć, ale jedyne co zrozumiałam to druga ulica w prawo (dobrze że prawo pokazał ręką, bo nie pamiętałam które słowo znaczyło prawo, które lewo po hiszpańsku) i coś o estacion de autobus. Idę, idę i w końcu widzę autobusy, tylko gdzie i który, staję troche zagubiona i podchodzi do mnie jakiś Meksykanim i pyta czy do Ensenady, a ja mu mówię że do Rosarito, więc wziął mnie do kasy, powiedział pani czego chcę i poszedł. Pani oczywiście angielskiego nie zna, więc żeby dowiedzieć się o godzine odjazdu i cene znowu muszę poćwiczyć mój hiszpński, ale jest ok. Wychodze ucieszona z biletem w ręku, jak małe dziecko, które własnie dostało lizaka ;) Potem jeszcze wymienić jakieś pieniądze (1dolar=11pesos) i pół godzinna pogawędka z panem, który mi pomógł z biletem i odjazd :) Z tych autobusów korzystają chyba tylko meksykanie, ale są naprawde super, klima, film nam puścili i wogóle jak taki wycieczkowy autokar, ale słyszałam już wcześniej, że autobusy są naprawde super w całym Meksyku. Po drodze widać tylko góry, w zasadzie to takie bardziej pagórki, na których powstają olbrzymie osiedla mieszkaniowe.

Pół godzinki i jestem w Rosarito. Wysiadam przy jakiejś głównej drodze i za bardzo nie wiem gdzie iść, lewo czy prawo, wybieram lewo. Przy tej drodze same sklepy z różnymi rzeźbami, głównie z metalu, idę i idę i w końcu jakiś bar, napisy po angielsku, że niby lata 50te. Wchodzę i na szczęście wszyscy mówią tam po angielsku, więc pytam się gdzie te sławne plaże Rosarito i centrum tego miasteczka, a oni że trzeba w tą stronę z której przyszłam (no coż jednak w prawo ;) i mówią, że to dość daleko i że lepiej wziąść taksówke za 8pesos. Informują mnie również, że jak będę chciała jechać do Tijuany z powrotem, to mam wziąść taką specjalna taksówke z centrum Rosarity za 14pesos do centrum Tijuany, szkoda że nie wiedziałam o tym wcześniej ;)
Jeden ze sklepów z rzeźbami:

Pusta droga w downtown Rosarito.

Docieram do centrum, same hotele i restauracje, mnóstwo sprzedawców na ulicach, ogólnie cudownie, bardzo meksykańsko, szkoda tylko że ceny bardziej jak w Stanach, ale to przez to że mnóstwo turystów z USA tu przyjeżdża. Nie dziwi mnie to, bo plaża jest chyba najładniejsza jaką w życiu widziałam, a piasek taki gładki, jak jedwab w dotyku, niesamowity :) Chodziłam więc sobie po plaży, po głównej ulicy, zjadłam pyszne owoce morze w restauracji Casa Ortega`s, wypiłam regionalne piwko Tecate i na zakończenie dnia wypiłam pyszną Pinacoladę w barze przy plaży. A jeszcze w trakcie chodzenia spotkałam na ulicy pana, który malował sprayem niesamowite obrazy, podeszłam, podał mi album i spytał który mi się najbardziej podoba, pokazałam mu pustynie, a on wziął pustą białą kartkę i w ciągu 5 minut namalował mi pustynie, byłam pod takim wrażeniem, że jak mi się zapytał czy chcę kupić, nie umiałabym odmówić. Przynajmniej moje ściany w pokoju nie będą już takie puste :) Super obraz :) Chciałam kupić sobie wielkie sombrero, ale stwierdziłam, że może następnym razem, bo jeszcze żadnych pieniędzy nie dostałam za prace i tylko wydaje to co mi jeszcze zostało ;) Wróciłam już do Tijuany po zmroku, potem prosto do przejścia granicznego, tym razem sprawdzili porządnie bagaże i paszporty, no i po 20-stej dotarłam do domku :)
To jest Rosarito Hotel Beach (kiedyś Rosarito Hotel), który zapoczątkował turystykę w Rosarito w 1920 roku.

Hotel od strony oceanu

Główna ulica Blvd Juarez, pełna restauracji, barów i hotelów.

Jedna z ulic prowadzących na plażę


Piękna plaża Rosarito











Tu właśnie jadłam pyszny obiadek

Mój obiadek, nie pamiętam nazwy, ale jest to ryba w jakiejś zalewie z pomidorami i cebulą razem z avocado i ananasem. Dziwna mieszanka, ale o dziwo bardzo dobra :)




A to są wybrane prace Alberto Zamory, od którego kupiłam piękny obraz :)



To jest efekt końcowy:

I znowu na plażę :)




To ja pijąca pinacolade. Pustona zewnątrz, wszyscy siedzieli w środku, bo wiało starsznie i zaczynało się już robić zimno.






Dzień udany to mało powiedziane, na pewno wrócę jeszcze do Rosarito, ale jest jeszcze kilka innym miasteczek meksykanskich niedaleko granicy, więc wszystko po kolei :) Zakochałam się w Meksyku, choć tak naprawdę prawdziwy dopiero zobaczę z dala od turystycznych miejsc :)
...i już nie mogę się doczekać :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz